Loomis_W mojej francuskiej kuchni_m 3

Wywiad z Susan Loomis autorką książki „W mojej francuskiej kuchni”

Każde francuskie danie ma swoją opowieść mówi Susan Loomis, autorka książki W mojej francuskiej kuchni. Opowieść o tradycji i miłości do domowych posiłków. Susan ukończyła prestiżową École de cuisine La Varenne, była krytykiem kulinarnym i prowadziła kawiarnię w Paryżu. Jednak zawsze chciała pisać książki o francuskiej kuchni i uczyć gotowania, i tym właśnie od dwudziestu lat zajmuje się w Normandii.

Nie Paryż, nie Prowansja, ale małe normandzkie Louviers. To przypadek czy świadomy wybór, że tutaj zamieszkałaś?

To drugie. Dobrze przemyślałam decyzję. Przyjechałam do Francji z mężem nastawionym sceptycznie do tej życiowej zmiany i trzyletnim dzieckiem. Chciałam być blisko przyjaciół, blisko Paryża (stąd to zaledwie półtorej godziny drogi), blisko wybrzeża. To były kryteria, jakimi się kierowałam, a Louviers spełniało je wszystkie.

Jak przyjęła was – amerykańską rodzinę, która ni stąd ni zowąd szuka szczęścia we Francji – lokalna społeczność?

Nie można powiedzieć, żeby – poza naszymi przyjaciółmi – czekali na nas z otwartymi ramionami. Pewna kobieta zaczęła podejrzewać, że jestem agentką CIA…

Agentką CIA?

Tak (śmiech). To było zabawne nieporozumienie, ale dopóki się nie wyjaśniło, była wobec nas wrogo nastawiona. Sąsiadom nie podobało się, że pozwalałam synowi biegać po ogrodzie bez ubrania, żeby mógł wskakiwać do woli do małego basenu, który zainstalowaliśmy dla niego. Ksiądz też za nami nie przepadał – chciał, żeby dom, w którym zamieszkaliśmy, należał do parafii, a poza tym nie byliśmy praktykującymi katolikami.

Dlaczego tak mu na tym zależało?

Bo chodziło o budynek dawnego klasztoru. Część fundamentów jest datowana na XI i XII wiek. Najpierw była to budowla świecka, potem przekształcono ją w siedzibę zakonną i przez trzysta lat mieszkały tu zakonnice, a w końcu znowu trafiła w ręce prywatnych, świeckich właścicieli. Przed nami, licząc od XVI wieku, ten dom miał tylko dwóch właścicieli.

W końcu jednak udało ci się zadomowić w miasteczku i zaprzyjaźnić się z jego mieszkańcami. Nie sądzisz, że być może przekonałaś ich do siebie typowym dla wielu cudzoziemców zauroczeniem francuską kuchnią i francuską art de vie?

Patrzą na nas z ciepłą pobłażliwością. Lubią naszą ciekawość; podoba im się, że kochamy ich jedzenie, zwyczaje i styl życia. I gdy już się do nas absolutnie przekonają, przestaje im przeszkadzać, że – jak jest w moim przypadku – non stop zadajemy jakieś pytania.

Mieszkasz w Louviers już ponad dwadzieścia lat. Przy ulicy nomen omen Tatin (trudno o bardziej kulinarny i pachnący jabłkami adres!), masz trzy piekarnie w sąsiedztwie, trzy minuty spacerem na targ, gdzie sprzedawca warzyw do zakupów podrzuca ci co rusz jakiś świetny przepis. Zastanawiam, w jakim stopniu po tylu latach życia w Normandii jesteś nadal Amerykanką, a w jakim stałaś się Francuzką.

Zawsze będę Amerykanką. Myślę „po amerykańsku”, inaczej niż moi francuscy przyjaciele. Zadaję mnóstwo pytań, wysyłam dzieci do szkół daleko stąd, cały czas gdzieś podróżuję. Jednak kiedy jestem w Stanach, dociera do mnie, jak bardzo jestem „francuska”. Uwielbiam przysiąść przy stole i spędzić przy nim dłuższą chwilę. Do każdego posiłku podaję chleb, bo posiłek bez pieczywa to żaden posiłek. Poranną kawę piję z miseczki i zanurzam w niej kawałek bagietki posmarowany masłem i konfiturą. Nie wyobrażam sobie obiadu czy kolacji bez wina. Uwielbiam piesze spacery albo jazdę na rowerze, dla sportu albo żeby coś kupić czy załatwić (poza Nowym Jorkiem w Ameryce to praktycznie niemożliwe!). No i maluję usta, gdy idę wyrzucić śmieci. To takie francuskie!

Przeżyłaś jakiś kulinarny szok kulturowy na samym początku?

Pamiętam moją konsternację ilością soli przy doprawianiu dań. Teraz sama tyle solę, przy czym już nie uważam, że to za dużo (śmiech). Dziwiło mnie, że do winegretu zamiast oliwy często używa się oleju arachidowego. I last but not least – codzienne zakupy. Jako Amerykanka byłam przyzwyczajona do robienia cotygodniowych zapasów, tymczasem Francuzi codziennie kupują świeże produkty i składniki, dzięki czemu francuskie dania są tak pełne smaków. No może poza cynaderkami i flaczkami… Do nich nadal nie potrafię się przekonać.

W 2010 roku francuski posiłek trafił na listę niematerialnego dziedzictwa ludzkości UNESCO. Nie udało się to ani Włochom, ani Hiszpanom, a przecież oni też są doskonałymi kucharzami, uwielbiają gotować i spędzać wspólnie czas przy stole. Dlaczego więc Francuzi?

Francuzi kodyfikują wszystko, także kuchnię. W tej dziedzinie największe zasługi położyli wielcy szefowie kuchni – Carême i Escoffier. Poza tym są z urodzenia szowinistami, co dotyczy także gastronomii. Podtrzymują tradycje kulinarne, jednak nie z prostego przyzwyczajenia, lecz dlatego, że są one nieodłączną częścią francuskiej tożsamości. Nie wystarczy, że powiesz „Robię najlepszy boeuf bourguignon”. Musisz wyrazić to inaczej: „Moja babcia robiła najlepszy boeuf bourguignon na świecie. Miała mięso od zaprzyjaźnionego rzeźnika, a marchewki i cebulę z własnego warzywnika. Pięć minut po zagotowaniu się wina, dodawała trzy liście laurowe, a sos wykańczała czekoladą”. Każde francuskie danie ma swoją opowieść, historię, korzenie. Lojalność i szowinizm, a także „protokół” gotowania (merci, panie Escoffier!) decydują o wyjątkowej smakowitości tej kuchni, chętnie naśladowanej w innych krajach. Dlatego została doceniona przez UNESCO.

Źródło: Wydawnictwo Literackie

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>